Czasem nawiedzają mnie demony.


Czasem w nocy nie mogę spać – wtedy wstaję. Patrzę zamglonym wzrokiem na zegarek na kuchence, który w środku nocy wskazuje południe, w środku dnia środek nocy. Może według jego wskazówek tak naprawdę funkcjonuję?… Siedzę opierając się o ścianę i patrzę po pokoju pogrążonym w mroku. Pomarańczowe światło przedziera się przez żaluzje przecinając czerń paskami. Mogłabym tak siedzieć i czekać aż sen mnie zmroczy. Jednakże nocą.

Nocą na ulicę wychodzą diabły. Nocą zabawki gadają. Nocą filozofowie się brudzą. Nocą on się śni. Więc jak można przegapić noc tętniącą w oczekiwaniu na sen?… Ubieram się w ciemną bluzkę, ciemne spodnie, ciemne buty. Czarna kurtka nawet jest ciemniejsza. Rzucam na odchodnym do pustych ścian i psa śpiącego wychodzę. Słyszę jak dawny kochanek pyta dokąd. Odpowiadam zobaczyć jak dzień się rodzi. Wychodzę w mrok. Ludzie pogrążeni w mroku. Witryny sklepowe pogrążone w mroku. Ulice puste i mroczne. W takich chwilach wędruję myślami. Przecinam dawne ulice. W mroku pełne blasku i szczęściu. Wciąż niosą znamiona dni niedawnych, tak gorąco wspominanych. Na jedną noc jestem buntowniczką z krwi i kości. Ulicę przekraczam, chociaż czerwony stwór mi grozi. Przechodzę. Nic się nie dzieje. S u k c e s nocy.

Cassino różnych typów matkuje. Widzę: tulącą się do ramion silnego partnera kobietę, kobietę ze skrzyżowanymi ramionami smutno podążająca wzrokiem za parą, zataczającą się dziewczynę i obok niej rozochoconych osiłków. Widzę hipokryzję świata. Widzę wszystko… wyraźniej. Mrok i jasność. Czerń i biel. Nienawiść i miłość. Powinność i serce. Małą Improwizację recytuję sama do siebie wśród budynków. Zwartej zabudowy, pełnej pogrążonych w wygodnych i ciepłych łóżkach ludzi, pełnych sprzętów, na które kurz cichutko opada, nie wadząc nikomu. Bo kto powiedział, że trzeba stać na Mont Blanc, być uwięzionym by Improwizować? Kto powiedział, że trzeba wejść na świata wyżyny, zejść do podziemia by wzniosłe myśli wypowiadać? A to nie można – wśród ludzi, których sprawa dotyczy, wśród świata, o którym mowa?

Jednakże na otwartej przestrzeni, pod drobnym piaskiem, wśród fal rozbijających się o skał, szumu lasu… Prowadzę Wielką Improwizację. Milczę. Milczę! Milczeniem kocham. Samym spojrzeniem. Milczeniem nienawidzę. Wyrazem twarzy gniewam. Milczeniem jestem szczęśliwa. Uśmiechem się. Milczeniem jestem smutna. Łza spływa, ginie w morzu. Milczeniem… Milczeniem nikt mnie nie rozumiał. Z wyjątkiem.

O porannej porze wszystko wydaje się magiczne. Wszystko wydaje się ważne. Niewidzialne i przejrzyste, biedne i bogate, ukryte i odkryte. Z sensem i go pozbawione, ważne i mało istotne. Wszystko takie inne, ale zarazem takie samo. Rano będę pędzić obok plaży w poszukiwaniu zgubionej bransoletki. Będę siedzieć na ławce w Parku i spoglądać na kruki. Rano będę szukać tu kogoś. Będę czekać tu na kogoś, nerwowo spoglądając na zegarek. A jeszcze wczoraj dzwoniłam do kolegi, o piątej rano. Jestem szczęśliwa… Był środek lata i leczyłam rany kłute. Pamiętam, pamiętam! Jak nasze stopy razem stąpały, dłonie splecione. Niebo błękitne, słońce jaskrawe. Chciałam zadzwonić, ale nie mogłam. Przecież wiesz.

Zanim słońce powoli swe cielsko wywlecze na horyzont. Mrok odchodzi. Szara mgła spowija miasto. Później widać rysę. Kolorową rysę na miejscu styku nieba z ziemią. Rysa nie jest zachłanna. Nie spowija całego nieba swym blaskiem. Wpierw się przeciąga i równomiernie rośnie w siłę. Jak kobieta o poranku. Kolory zmienia, jak wariat majaczy. W trakcie przygotować do wyjścia. Jasno już na świecie. Ludzie przystanęli. Stoją i patrzą. Rodzi się nowa kokietka świata. Rysa w końcu jest duża. Powoli kształtuje swoje oblicze. Powoli, z namysłem, idealną formę odsłania. Tak jak kobieta kusząco przed mężczyzną zdejmuje ubrania. Figlarnie rzuca kapeluszem w róg pokoju. Zakrywa, odsłania, zakrywa, odsłania. Coraz więcej, więcej ramienia odsłania. W końcu zrzuca szatę skrywającą ramiona. Ale cóż pod spodem… Bielizna. Słońce podobnie figlarnie bawi się z widzami. Chowa za chmurami, mieni kolorami. Niezdecydowane. Długo, długo odsłania swoje szaty. Niekończący się spektakl.

Wiecie, że gdy kobieta zbyt długo pogrywa z mężczyzną w końcu dochodzi do irytacji? Podobnie ze wschodem. Odchodzę. Idę w znane mi strony. Po drodze romantyzm pryska. Co widzę? Pewien facet pewnemu facetowi. Pewien facet sam sobie. Pewien facet. Zmęczona widokiem pewnych facetów wracam na plażę. Tam facet daje mi różę. Róża zdobi moją półkę do czasu aż mama jej nie wyrzuciła.

Chciałabym tak n a   w i e k i. Tak na wieki chować się za tym spektaklem. Spać ciągle i budzić się w nocy. Przesypiać dnie całe. W nocy powstawać. Radować się, nie przejmować. Wierzyć, tak usilnie wierzyć.

Wiesz gdy jasność ledwo przedziera się do świata wszystko wydaje się mocne, silne, pełne.

Wracam do domu. Do ciepłego łóżka. Dawne ulice odsłonięte, rażą smutkiem i elegią. Te uporczywe tęsknoty. Powracają jak upiory, jak nawiedzone. Tak pamiętam.

Kładę głowę na poduszkę. Na której podpierałam głowę gdy w nocy rozmawialiśmy. Miałam skrzydła, wiesz? Wtedy byłam jak Ikar. Dziś? Dziś marzę zostawić tą krainę. Zamieszkać wśród wieżowców, w nieznanym mieście z nieznanymi ludźmi. Nie widzieć słońca, nie czuć plaży, nie słyszeć fal. Zapomnieć, odżyć, rozkwitnąć w szarości komercjalizacji. Jak wtedy z tobą, ale bez Ciebie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s