Letnie poranki i noce


Każdy – no prawie– ma dwie chmury. Chmury przybierają różne oblicza, zachodzą w nich różne pogody, dlatego ludzie przybierają różne maski. Mimo to wciąż mają ten sam kamienny wyraz atakowany przez inne miejsca, ludzi i wydarzenia. Powietrze wtedy drży, atmosfera jest ciężka. Czuję jak gromy są ostro ciskane na zielonkawą trawę.

Lecz czasem w innym miejscu, wśród innych ludzi i w kręgu innych wydarzeń pod tą zielenią jest zimny, twardy, obojętny kamień. Na horyzoncie jedynie w ostrości barw tonie słońce. W szarościach wąskich i szerokich bloków wszystko wydaje się przygnębiająco nie-proste. Nagle Ci sami ludzie, co zwiastowali burzę – teraz paradują po miejskich promenadach w kapeluszu słomkowym i okularach przeciwsłonecznych.

Ewentualny dualizm chmurny ludzi da się wytłumaczyć – przecież ile zależy od czynników zewnętrznych, wewnętrznych i Innych? Zawsze wydawało mi się, że chmura ładniej wyglądają na papierze niż nad głowami. Kiedy mam wrażenie, że poznałam już wszystkie chmury danej osoby pojawia się nowa. Pierwszy raz ją widzę, ale ostatni raz jestem wtedy zaskoczona.

Spontanicznie ewolucje chmur nie są już nowością. Odzwyczajam się od uważania, że znałam wszystkie ich oblicza. Już nie zaskakują mnie zmiany – tylko jak olbrzymie rozmiary one przybierają. W pewnym momentach jest smutno/przykro/żałośnie/dziwnie. W pewnych momentach oprócz milczenia pozostaje myśl: nie znałam tej strony, to tylko z powodu Innego spojrzenia. Jednak jak długo można posiłkować się błahą wymówką?

Zawsze bolało mnie gdy na własnej skórze doświadczałam prawd życiowych, w których wcześniej prawdziwości nie doświadczyłam. Jeść taką odpowiedź można długo – w dwóch przypadkach było to aż do przykrycia tych smutnych/przykrych/żałosnych/dziwnych momentów dawnym słonecznym niebem. Wśród betonowych szarości wszystko wracało do normalności, której w tym Innym miejscu chyba brakowało.

Czym więc była ta normalność? Może po prostu przyzwyczajeniem, zwyczajami, własnością naszą i waszą. Wszystkim co pielęgnujemy, dbamy, troszczymy się we własnych czterech kątach i w najbliższych pokojach. Mi normalności ani Tam ani tutaj nie brakowało. Wciąż pozostawałam z taką samą chmurą tutaj i Tam nad głowią. Mimo, że Tam czułam się jakby… bardziej wyzwolona?

Za wielkie to chyba słowo by określić dokładnie i bez patosu jak się czułam. Na wsi, gdzie przypadkowo człowieka można spotkać raz na tydzień, gdzie samochód z nieznanymi rejestracjami nie jeździ w ogóle, oddalonej o około 100 kilometrów od mojej normalności wszystko wydawało się inne – tak, ale wciąż było normalne. Dlatego uważam, że niektórzy mają dwie chmury, pogody, oblicza, twarze, maski. Ja spakowałam tylko jedną, a towarzyszki podróży w takim razie chyba kilka, prawda?

Y, jo (1) Na Kujawach i Pomorzu bardzo rozpowszechniony zwrot, mający (podobnie jak wulgaryzmy) wiele znaczeń, zawsze jednak oznaczający zgodę na coś, akceptację, podziw, niedowierzanie. (2) Na Pomorzu, Kaszubach i Kujawach słowo zastępujące „tak” (źródło). To było dla mnie największe zaskoczenie pod względem poznawania folkloru. Inny język, zwroty, wyrażenia. Oczywiście dało się je zrozumieć – język polski to język polski tutaj czy Tam wciąż.

Nawet różnice w warstwie językowej czy stroju, zwyczajach nie umniejszały wrażenia, że ludzie tam są tacy sami jak tutaj. Jedną z doświadczonych-prawd było właśnie to, że nie należy oceniać ludzi pod względem wyglądu. W środowisku występuje dyskryminacja ze względu na pierwsze wrażenie, pierwsze nawiązania rozmowy, pierwsze spotkania. Zrozumiałam, że trzeba dawać ludziom szansę – poznawać, rozmawiać, przebywać. Tam nie było nic wspanialszego niż zdziwienie wywołane obaleniem pozornego pierwszego przekonania. A potem wspominanie tych wrażeń i jeszcze większe zdziwienie na twarzy osoby, której dotyczyły.

I zaskoczyła mnie jeszcze wiejska otwartość, szczerość, sympatyczność. Tutaj – trzeba to przyznać, nawet jeśli tylko przed internetowym sędzią – że stereotyp zacofanej wsi był zbyt mocno zakorzeniony w naszej świadomości. Ukrywałyśmy to pod salwą śmiechu i głupio tłumaczyłyśmy same przed sobą, że to tylko takie żarty. Tam te żarty uznałyśmy za głupie. Myślałam też stereotypowo – przyjeżdżają „dziewczyny z miasta” dlaczego „wieśniacy” mieliby z nami, rozmawiać, spotykać się? A oni dali nam szansę (kolejna doświadczona-prawda). Ci ludzie, konkretni – z Kleszczyńca, którzy po prostu… są otwarci, szczerzy i sympatyczni.

Efektem tego było niezwykłe lato. Naprawdę niezwykłe. Dzisiaj gdy siedzę w sobotnie poranki przy komputerze i patrzę na fragmenty błękitnego nieba przez okno wspominam Kleszczyniec. Myślę, że gdyby było lato to pewnie teraz trochę zdenerwowana i podekscytowana siedziałabym w pociągu. A może już bym wracała z jednej z tych wiejskich imprez na świeżym powietrzu? Czy bym siedziała nad jeziorem i moczyła stopy na końcu pomostu słuchając ciszy, deszczu pianina i śmiejąc się do sunących kropel wody?

Co mnie czeka w przyszłe wakacje – powinnam entuzjastycznie pytać wspominając letnie poranki i noce. Gdy ostatni raz wyjeżdżałam z Kleszczyńca miałam to marzenie o przyszłości, że w te najdłuższe wakacje będziemy przyjeżdżać na chwilę, na dłużej Tam. Będziemy prawdziwą częścią tego świata, a nie tylko „za pozwoleniem rodziców”. Teraz gdy pozostają nam tylko krótkie wiadomości, długie i bezcelowe rozmowy przez komunikator, bezpośrednie i sztywne aktywności na portalu… Letnie dni wydają się tylko snem. Wydaje mi się jakbym straciła tych ludzi, wspomnienia, wydarzenia na zawsze. Wydaje mi się, że one tylko były tylko takie wspaniałe na tamtą chwilę w Tamtym miejscu. Przez nasz powrót do życia wśród szarych bloków stałam się dla nich tylko chwilą. Chwilą, która przepłynie, bo wszystko płynie. Zmarnuje, bo wszystko marność. Umrze, bo to nie wszystek. Zginie, bo to nie jest pomnik i tym bardziej nie trwalszy od spiżu. Dlatego gdy teraz dni mijają życie wydaje mi się rytualne, nudne, powtarzalne. Tam letnie słońce i wyraziste noce były dla nas wszystkim, tutaj nawet tego nie zauważam. Teraz tylko ze smutkiem wspominam tamte widoki, gdy mrok tak szybko ogarnia normalność.


PS Jakkolwiek mocno uwielbiam zimę – śnieg, śnieżki, aniołki, puch, mokre spodnie, rękawiczki, szaliki, tak mocno kocham cieplejszą wiosnę. Pierwszy raz w życiu chciałabym już kwitnącą wiosnę, może nawet gorące lato. Powyższy „wakacyjny” tekst jako doping by Pani Zima zadomowiła się gdzie indziej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s