„Paryż na widelcu. Sekretne życie miasta”


Stephen Clarke

„Paryż na widelcu. Sekretne życie miasta”

Przeł. Hanna Baltyn

Warszawa 2012

Stephen Clarke to Anglik, który niemal całe dorosłe życie mieszkał we Francji i publikuje o tym kraju książki. Zasłynął z serii Merde! („Rok w Paryżu”, „W rzeczy samej”, „Chodzi po ulicach”, „M jak Merde”).

Na stronie internetowej autor ujawnia sekret… że jest Paryżaninem. I w „Paryżu na widelcu” próbuje odkryć najgłębsze sekrety miasta. Nie można powiedzieć, że jest to klasyczny poradnik dotyczący stolicy Francji, ale nie jest też to osobiste wyznanie na temat prawdziwej gwiazdy (jak sam Anglik określa Paryż). Jest to coś pomiędzy. W książce znajdziemy wiele cennych informacji dotyczących podróżowania metrem, oznakowania ulic, poszczególnych dzielnic, zachowania w restauracji czy kupowania mieszkania. Jednakże oprócz tego Stephen Clarke, który uważa, że aby kogoś naprawdę pokochać, trzeba go najpierw poznać, odkrywa przed nami prawdziwy obraz Paryża, a nie tylko gwiazdorską wersję, jaka chcą nam wcisnąć jego fani i współpracownicy.

Francuska Statua Wolności

„Paryż na widelcu” podzielony jest na 12 rozdziałów. Pierwszy traktuje o mieszkańcach – czy naprawdę są aroganccy, agresywni, zestresowani, snobistyczni i zainteresowani sobą. Zaglądamy także do poszczególnych dzielnic i dowiadujemy się jak zachowywać się w kolejce w sklepie, na ulicy. Drugi opisuje nie logiczne rozłożenie ulic i tłumaczy skąd biorą się na budynkach dwie nazwy ulic. Jednym z moich ulubionych fragmentów jest ten o słownych igraszkach, w jakie lubią bawić się Francuzi:

Volt’Hair – kojarzący się z elektrycznością kalambur wykorzystujący nazwisko najdowcipniejszego z paryskich pisarzy, Woltera. Fryzjer literacki? Czy można chcieć więcej? OK, Wolter nosił perukę, ale pal diabli prawdę historyczną – dla gry słów paryski fryzjer dałby się pokroić.” (s. 68)

Kolejna część opowiada o znaczeniu wody w Paryżu (miasto w swoim herbie ma łódź), mimo że jest oddalona od dużego akwenu wodnego. Autor opisuje wielką powódź w 1910 roku, w której zwrot czy mogę panią podrzucić? nabrał nowego, dosadne znaczenia (s. 78, pod zdjęciem dwóch mężczyzn, którzy niosą kobietę na rękach). W rozdziale o metrze Stephen Clarke próbuje objaśnić system poruszania się koleją podziemną. Następnie zerka do historii architektury miasta i z nostalgią wspomina o starożytnych i średniowiecznych budowlach, które zburzono pod nowe, szerokie bulwary. W szóstej i siódmej części porusza tematykę miłości i seksu. Opisuje, że dawniej Paryżanie sławili się swoją stolicą jako ville chaude (napalonym mieście). Jednakże obecnie nawet ostatni hotel na godziny, przestał być takim miejscem i stał się gniazdkiem prawdziwej miłości. W kolejnej części z niechęcią opisuje paryski zwyczaj ściskania, wąchania, dźgania jedzenia, aby sprawdzić jego świeżość. Następnie charakteryzuje paryską modę i zastanawia się czy faktycznie jest ona taka paryska, skoro większość znajdujących się w Paryżu domów mody zatrudnia zagranicznych projektantów. Oprócz tego rozmawia z rzecznikiem prasowym Mission Cinema (instytucją, która zarządza karierą filmową miasta). W rozdziale o sztuce oczywiście pisze o swoich ulubionych mniej znanych muzeach, jak i poszukuje najbardziej paryskiego kawałka sztuki, ale nie po paryskiej cenie. W ostatniej części opisuje czego się wystrzegać przy kupnie mieszkania.

Złote rady jak żyć wśród Paryżan

Na samym końcu znajdują się apendyksy z adresami i lekturami uzupełniającymi. Na plus zasługuje szeroki przekrój tematyczny i nie podążanie turystycznymi ścieżkami miasta, a przedstawienie subiektywnej „Clarkowskiej” wersji Paryża. Osobiste refleksje i doświadczenia uzpełniają obraz miasta. Szczególnie polecam fanom ironicznego stylu angielskiego pisarza i osobom, które chciałby zajrzeć Paryżanom do talerza, mieszkania i na dno Sekwany.

*

Cytaty z książki:

„Spacerowanie po tym mieście jest tak stara tradycja, że stało się forma sztuki. Czynność tę określa się mianem flaner, który to czasownik oznacza włóczenie się bez celu, a jego mistrz to flaneur – mężczyzna (kobiety są zbyt zalatane, żeby się szwendać), który przemierza ulice miasta w poszukiwaniu inspiracji do wierszy, obrazów czy książek podróżniczych. Pojęcie flaner pochodzi od dekadenckiego poety Charles’a Baudelaire’a i powstało w XIX wieku. Kiedy nie pisał wierszy i nie popadał w spleen (poetycka mieszanka zniechęcenia, znudzenia i poczucia beznadziejności, podsycana szkodliwymi dla organizmu substancjami odurzającymi), włóczył się po ulicach. Ogłaszając tę czynność mianem sztuki, uprawomocnił stan faktyczny, czyli to, co robili w wolnym czasie wszyscy paryscy dżentelmeni z wyższych sfer – krążyli po ulicach w poszukiwaniu przygód seksualnych, a to z kelnerka, a to z pokojówka na wychodnym albo mężatka z zachęcającym błyskiem w oku.” (s. 45-46).

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s