Panienka z okienka.

Za siedmioma blokami. Za siedmioma ulicami. Za siedmioma placami mieszkała panienka z okienka. W ciepłych porach roku duże okienko było otwarte. W zimniejszych zamknięte, ale za to cały czas paliła się lampka, która rozświetlała cztery kąty. Dlatego cały czas widziałam, co się działo za białymi framugami. Panienka jedną ręką podtrzymywała brodę, a drugą zgiętą trzymała na drewnianym parapecie.

Był taki okres, w którym prawdopodobnie zostawała sama w domu albo dorośli byli na tyle zajęci sobą. Wtedy formowała swoje ciało w różne figury taneczne. Raz były to smukłe, wdzięczne ruchy jak w tańcu klasycznym. A czasem przybierały one formę wachlarza egzotycznych wariacji. Kiedy indziej brała szeroką szczotkę i trzymając ją blisko ust poruszała wargami. Chyba w rytm ulubionej piosenki, ale tego już nie byłam w stanie słyszeć.  Najbardziej lubiłam jak przybierała kształty baletnicy. Wtedy z jej pucołowatymi, różowymi policzkami i kręconymi blond włosami wyglądała jak te porcelanowe lalki z tyłu. Jednak najbardziej lubiłam jej wyraz twarzy, kiedy robiła te wszystkie zakazane rzeczy pod nieobecność dorosłych. Miała ogień w swoich błękitnych oczach i na twarzy malowało się dziecinne zdumienie i jednocześnie dorosła zaciętość.

Dopóki pewnego razu późno w nocy matka nie wpadła przez zamknięte drzwi i nie strąciła lalek z półki. Panienka trzymała się za ucho i krzyczała. Nigdy nie zapomnę tego wzroku utraconych marzeń.

Potem już tylko siedziała w okienku. Ale czasem widziałam jak noga jej podrygiwała w rytm muzyki puszczanej z komórek z podwórka.

Zapraszam też na autorskiego bloga na stronie magazynu studenckiego „Pod Prąd”.

Reklamy

Oziębienie

Zimowego razu widziałam strumień lodowatej wody odbijającej się od zamarzniętej tafli. Krople odskakiwały na boki i szybko znikały w lodzie. Tak właśnie to wyglądało – gdyby słońce miało zwyczaj w jednym ciągu odbijać swoje blaski w wakacyjnej wodzie.

W oddali majaczały dwa niewyraźne kształty. Zbliżały się przybierając ostrzejsze formy – niereguralne rozgwiazdy, wydłużone ośmiornice, zniekształcone węże morskie. Były skąpane w mroku, bo od tyłu rozświetlone przez morze samochodów. O ich kształce świadczyła duża, wyraźna, jasna poświata. Poświata taka – jak plażowicz patrzy na plażowicza, bo zabrał im to ciepłe światło w oczach pełnych piasku.

Czytaj dalej

Letnie poranki i noce

Każdy – no prawie– ma dwie chmury. Chmury przybierają różne oblicza, zachodzą w nich różne pogody, dlatego ludzie przybierają różne maski. Mimo to wciąż mają ten sam kamienny wyraz atakowany przez inne miejsca, ludzi i wydarzenia. Powietrze wtedy drży, atmosfera jest ciężka. Czuję jak gromy są ostro ciskane na zielonkawą trawę.

Lecz czasem w innym miejscu, wśród innych ludzi i w kręgu innych wydarzeń pod tą zielenią jest zimny, twardy, obojętny kamień. Na horyzoncie jedynie w ostrości barw tonie słońce. W szarościach wąskich i szerokich bloków wszystko wydaje się przygnębiająco nie-proste. Nagle Ci sami ludzie, co zwiastowali burzę – teraz paradują po miejskich promenadach w kapeluszu słomkowym i okularach przeciwsłonecznych.

Ewentualny dualizm chmurny ludzi da się wytłumaczyć – przecież ile zależy od czynników zewnętrznych, wewnętrznych i Innych? Zawsze wydawało mi się, że chmura ładniej wyglądają na papierze niż nad głowami. Kiedy mam wrażenie, że poznałam już wszystkie chmury danej osoby pojawia się nowa. Pierwszy raz ją widzę, ale ostatni raz jestem wtedy zaskoczona.

Spontanicznie ewolucje chmur nie są już nowością. Odzwyczajam się od uważania, że znałam wszystkie ich oblicza. Już nie zaskakują mnie zmiany – tylko jak olbrzymie rozmiary one przybierają. W pewnym momentach jest smutno/przykro/żałośnie/dziwnie. W pewnych momentach oprócz milczenia pozostaje myśl: nie znałam tej strony, to tylko z powodu Innego spojrzenia. Jednak jak długo można posiłkować się błahą wymówką?

Zawsze bolało mnie gdy na własnej skórze doświadczałam prawd życiowych, w których wcześniej prawdziwości nie doświadczyłam. Jeść taką odpowiedź można długo – w dwóch przypadkach było to aż do przykrycia tych smutnych/przykrych/żałosnych/dziwnych momentów dawnym słonecznym niebem. Wśród betonowych szarości wszystko wracało do normalności, której w tym Innym miejscu chyba brakowało.

Czym więc była ta normalność? Może po prostu przyzwyczajeniem, zwyczajami, własnością naszą i waszą. Wszystkim co pielęgnujemy, dbamy, troszczymy się we własnych czterech kątach i w najbliższych pokojach. Mi normalności ani Tam ani tutaj nie brakowało. Wciąż pozostawałam z taką samą chmurą tutaj i Tam nad głowią. Mimo, że Tam czułam się jakby… bardziej wyzwolona?

Za wielkie to chyba słowo by określić dokładnie i bez patosu jak się czułam. Na wsi, gdzie przypadkowo człowieka można spotkać raz na tydzień, gdzie samochód z nieznanymi rejestracjami nie jeździ w ogóle, oddalonej o około 100 kilometrów od mojej normalności wszystko wydawało się inne – tak, ale wciąż było normalne. Dlatego uważam, że niektórzy mają dwie chmury, pogody, oblicza, twarze, maski. Ja spakowałam tylko jedną, a towarzyszki podróży w takim razie chyba kilka, prawda?

Y, jo (1) Na Kujawach i Pomorzu bardzo rozpowszechniony zwrot, mający (podobnie jak wulgaryzmy) wiele znaczeń, zawsze jednak oznaczający zgodę na coś, akceptację, podziw, niedowierzanie. (2) Na Pomorzu, Kaszubach i Kujawach słowo zastępujące „tak” (źródło). To było dla mnie największe zaskoczenie pod względem poznawania folkloru. Inny język, zwroty, wyrażenia. Oczywiście dało się je zrozumieć – język polski to język polski tutaj czy Tam wciąż.

Nawet różnice w warstwie językowej czy stroju, zwyczajach nie umniejszały wrażenia, że ludzie tam są tacy sami jak tutaj. Jedną z doświadczonych-prawd było właśnie to, że nie należy oceniać ludzi pod względem wyglądu. W środowisku występuje dyskryminacja ze względu na pierwsze wrażenie, pierwsze nawiązania rozmowy, pierwsze spotkania. Zrozumiałam, że trzeba dawać ludziom szansę – poznawać, rozmawiać, przebywać. Tam nie było nic wspanialszego niż zdziwienie wywołane obaleniem pozornego pierwszego przekonania. A potem wspominanie tych wrażeń i jeszcze większe zdziwienie na twarzy osoby, której dotyczyły.

I zaskoczyła mnie jeszcze wiejska otwartość, szczerość, sympatyczność. Tutaj – trzeba to przyznać, nawet jeśli tylko przed internetowym sędzią – że stereotyp zacofanej wsi był zbyt mocno zakorzeniony w naszej świadomości. Ukrywałyśmy to pod salwą śmiechu i głupio tłumaczyłyśmy same przed sobą, że to tylko takie żarty. Tam te żarty uznałyśmy za głupie. Myślałam też stereotypowo – przyjeżdżają „dziewczyny z miasta” dlaczego „wieśniacy” mieliby z nami, rozmawiać, spotykać się? A oni dali nam szansę (kolejna doświadczona-prawda). Ci ludzie, konkretni – z Kleszczyńca, którzy po prostu… są otwarci, szczerzy i sympatyczni.

Efektem tego było niezwykłe lato. Naprawdę niezwykłe. Dzisiaj gdy siedzę w sobotnie poranki przy komputerze i patrzę na fragmenty błękitnego nieba przez okno wspominam Kleszczyniec. Myślę, że gdyby było lato to pewnie teraz trochę zdenerwowana i podekscytowana siedziałabym w pociągu. A może już bym wracała z jednej z tych wiejskich imprez na świeżym powietrzu? Czy bym siedziała nad jeziorem i moczyła stopy na końcu pomostu słuchając ciszy, deszczu pianina i śmiejąc się do sunących kropel wody?

Co mnie czeka w przyszłe wakacje – powinnam entuzjastycznie pytać wspominając letnie poranki i noce. Gdy ostatni raz wyjeżdżałam z Kleszczyńca miałam to marzenie o przyszłości, że w te najdłuższe wakacje będziemy przyjeżdżać na chwilę, na dłużej Tam. Będziemy prawdziwą częścią tego świata, a nie tylko „za pozwoleniem rodziców”. Teraz gdy pozostają nam tylko krótkie wiadomości, długie i bezcelowe rozmowy przez komunikator, bezpośrednie i sztywne aktywności na portalu… Letnie dni wydają się tylko snem. Wydaje mi się jakbym straciła tych ludzi, wspomnienia, wydarzenia na zawsze. Wydaje mi się, że one tylko były tylko takie wspaniałe na tamtą chwilę w Tamtym miejscu. Przez nasz powrót do życia wśród szarych bloków stałam się dla nich tylko chwilą. Chwilą, która przepłynie, bo wszystko płynie. Zmarnuje, bo wszystko marność. Umrze, bo to nie wszystek. Zginie, bo to nie jest pomnik i tym bardziej nie trwalszy od spiżu. Dlatego gdy teraz dni mijają życie wydaje mi się rytualne, nudne, powtarzalne. Tam letnie słońce i wyraziste noce były dla nas wszystkim, tutaj nawet tego nie zauważam. Teraz tylko ze smutkiem wspominam tamte widoki, gdy mrok tak szybko ogarnia normalność.


PS Jakkolwiek mocno uwielbiam zimę – śnieg, śnieżki, aniołki, puch, mokre spodnie, rękawiczki, szaliki, tak mocno kocham cieplejszą wiosnę. Pierwszy raz w życiu chciałabym już kwitnącą wiosnę, może nawet gorące lato. Powyższy „wakacyjny” tekst jako doping by Pani Zima zadomowiła się gdzie indziej.

Kręgi

Andrzejkowy wieczór w Sopocie. Niektórzy celebrowali go z podręcznikiem na kanapie w orientalne wzory. Jedyna rozrywka wieczoru. Czasem też niektórzy o czerwonych twarzach wychodzili na dwór. Tam zdenerwowanie była tylko różem mrozu.

Ulice były zimne, ciche i spokojne. Mróz zmusił wszystkich do pozostania w domu, tylko opatulone czarne postacie maszerowały z pupilami. Psy stały, wąchały, właściciele nerwowo potupywali nogą.

Weronice czerwona głowa huczała od orientalnych kanapowych wzorów.  Z ulgą przyjęła różowe mrozy i otulając się kapturem ruszyła w stronę Stawu. Podczas pierwszych mrozów jej pies zawsze wariuje. Przygryza ziemię i biegnie, zjada śnieg i biegnie, przygryza lód i biegnie. Według Weroniki dla Montany zima to jakby świat się skończył i narodził na nowo. Nie ważne ile razy będzie gubić sierść, mieć cieczkę, na śnieg zawsze będzie reagować tak jak po raz pierwszy. W głębi duszy podziwiała w psie hart ducha i entuzjazm. Weronice, mimo że kocha świat w białej pierzynie, trudno uniknąć marudzenia przy roztopach lub za długim przebywaniu na dworze.

Czytaj dalej

Czasem nawiedzają mnie demony.

Czasem w nocy nie mogę spać – wtedy wstaję. Patrzę zamglonym wzrokiem na zegarek na kuchence, który w środku nocy wskazuje południe, w środku dnia środek nocy. Może według jego wskazówek tak naprawdę funkcjonuję?… Siedzę opierając się o ścianę i patrzę po pokoju pogrążonym w mroku. Pomarańczowe światło przedziera się przez żaluzje przecinając czerń paskami. Mogłabym tak siedzieć i czekać aż sen mnie zmroczy. Jednakże nocą.

Nocą na ulicę wychodzą diabły. Nocą zabawki gadają. Nocą filozofowie się brudzą. Nocą on się śni. Więc jak można przegapić noc tętniącą w oczekiwaniu na sen?… Ubieram się w ciemną bluzkę, ciemne spodnie, ciemne buty. Czarna kurtka nawet jest ciemniejsza. Rzucam na odchodnym do pustych ścian i psa śpiącego wychodzę. Słyszę jak dawny kochanek pyta dokąd. Odpowiadam zobaczyć jak dzień się rodzi. Wychodzę w mrok. Ludzie pogrążeni w mroku. Witryny sklepowe pogrążone w mroku. Ulice puste i mroczne. W takich chwilach wędruję myślami. Przecinam dawne ulice. W mroku pełne blasku i szczęściu. Wciąż niosą znamiona dni niedawnych, tak gorąco wspominanych. Na jedną noc jestem buntowniczką z krwi i kości. Ulicę przekraczam, chociaż czerwony stwór mi grozi. Przechodzę. Nic się nie dzieje. S u k c e s nocy.

Cassino różnych typów matkuje. Widzę: tulącą się do ramion silnego partnera kobietę, kobietę ze skrzyżowanymi ramionami smutno podążająca wzrokiem za parą, zataczającą się dziewczynę i obok niej rozochoconych osiłków. Widzę hipokryzję świata. Widzę wszystko… wyraźniej. Mrok i jasność. Czerń i biel. Nienawiść i miłość. Powinność i serce. Małą Improwizację recytuję sama do siebie wśród budynków. Zwartej zabudowy, pełnej pogrążonych w wygodnych i ciepłych łóżkach ludzi, pełnych sprzętów, na które kurz cichutko opada, nie wadząc nikomu. Bo kto powiedział, że trzeba stać na Mont Blanc, być uwięzionym by Improwizować? Kto powiedział, że trzeba wejść na świata wyżyny, zejść do podziemia by wzniosłe myśli wypowiadać? A to nie można – wśród ludzi, których sprawa dotyczy, wśród świata, o którym mowa?

Jednakże na otwartej przestrzeni, pod drobnym piaskiem, wśród fal rozbijających się o skał, szumu lasu… Prowadzę Wielką Improwizację. Milczę. Milczę! Milczeniem kocham. Samym spojrzeniem. Milczeniem nienawidzę. Wyrazem twarzy gniewam. Milczeniem jestem szczęśliwa. Uśmiechem się. Milczeniem jestem smutna. Łza spływa, ginie w morzu. Milczeniem… Milczeniem nikt mnie nie rozumiał. Z wyjątkiem.

O porannej porze wszystko wydaje się magiczne. Wszystko wydaje się ważne. Niewidzialne i przejrzyste, biedne i bogate, ukryte i odkryte. Z sensem i go pozbawione, ważne i mało istotne. Wszystko takie inne, ale zarazem takie samo. Rano będę pędzić obok plaży w poszukiwaniu zgubionej bransoletki. Będę siedzieć na ławce w Parku i spoglądać na kruki. Rano będę szukać tu kogoś. Będę czekać tu na kogoś, nerwowo spoglądając na zegarek. A jeszcze wczoraj dzwoniłam do kolegi, o piątej rano. Jestem szczęśliwa… Był środek lata i leczyłam rany kłute. Pamiętam, pamiętam! Jak nasze stopy razem stąpały, dłonie splecione. Niebo błękitne, słońce jaskrawe. Chciałam zadzwonić, ale nie mogłam. Przecież wiesz.

Zanim słońce powoli swe cielsko wywlecze na horyzont. Mrok odchodzi. Szara mgła spowija miasto. Później widać rysę. Kolorową rysę na miejscu styku nieba z ziemią. Rysa nie jest zachłanna. Nie spowija całego nieba swym blaskiem. Wpierw się przeciąga i równomiernie rośnie w siłę. Jak kobieta o poranku. Kolory zmienia, jak wariat majaczy. W trakcie przygotować do wyjścia. Jasno już na świecie. Ludzie przystanęli. Stoją i patrzą. Rodzi się nowa kokietka świata. Rysa w końcu jest duża. Powoli kształtuje swoje oblicze. Powoli, z namysłem, idealną formę odsłania. Tak jak kobieta kusząco przed mężczyzną zdejmuje ubrania. Figlarnie rzuca kapeluszem w róg pokoju. Zakrywa, odsłania, zakrywa, odsłania. Coraz więcej, więcej ramienia odsłania. W końcu zrzuca szatę skrywającą ramiona. Ale cóż pod spodem… Bielizna. Słońce podobnie figlarnie bawi się z widzami. Chowa za chmurami, mieni kolorami. Niezdecydowane. Długo, długo odsłania swoje szaty. Niekończący się spektakl.

Wiecie, że gdy kobieta zbyt długo pogrywa z mężczyzną w końcu dochodzi do irytacji? Podobnie ze wschodem. Odchodzę. Idę w znane mi strony. Po drodze romantyzm pryska. Co widzę? Pewien facet pewnemu facetowi. Pewien facet sam sobie. Pewien facet. Zmęczona widokiem pewnych facetów wracam na plażę. Tam facet daje mi różę. Róża zdobi moją półkę do czasu aż mama jej nie wyrzuciła.

Chciałabym tak n a   w i e k i. Tak na wieki chować się za tym spektaklem. Spać ciągle i budzić się w nocy. Przesypiać dnie całe. W nocy powstawać. Radować się, nie przejmować. Wierzyć, tak usilnie wierzyć.

Wiesz gdy jasność ledwo przedziera się do świata wszystko wydaje się mocne, silne, pełne.

Wracam do domu. Do ciepłego łóżka. Dawne ulice odsłonięte, rażą smutkiem i elegią. Te uporczywe tęsknoty. Powracają jak upiory, jak nawiedzone. Tak pamiętam.

Kładę głowę na poduszkę. Na której podpierałam głowę gdy w nocy rozmawialiśmy. Miałam skrzydła, wiesz? Wtedy byłam jak Ikar. Dziś? Dziś marzę zostawić tą krainę. Zamieszkać wśród wieżowców, w nieznanym mieście z nieznanymi ludźmi. Nie widzieć słońca, nie czuć plaży, nie słyszeć fal. Zapomnieć, odżyć, rozkwitnąć w szarości komercjalizacji. Jak wtedy z tobą, ale bez Ciebie.